Pojeździć na szmacie

Posted by Alicja on
Pojeździć na szmacie

Pojeździć na szmacie

Jestem sama w domu, co prawda ten stan będzie trwał jeszcze może z kwadrans, ale i tak mi cudnie. Właśnie, że nie podniosę suszarki z świeżo wypraną pościelą, która z łopotem wylądowała na trawie. To akurat mi nie przeszkadza w relaksie. A co mi przeszkadza? Przeszkadza mi bałagan. Nie lubię, nienawidzę wprost nieporządku. Marcin zabrał dzieci i od dobrych dwóch godzin ich nie ma. Marzyłam żeby zrobić sobie kawę i popisać w spokoju na tarasie. Czynię to właśnie, a wcześniej zrobiłam i powiesiłam dwa prania, wyprasowałam pindel zmiętych rzeczy, odkurzyłam i wytarłam na mokro podłogi. No i się umyłam, usiąść do pisania i kawy nieumytą to rzecz nie do pomyślenia.

Odbyłam niedawno z kuzynką małą telefoniczną pogawędkę pod tytułem – usiądź na chwilę, walić paprochy na podłodze. No i racja, siedziałabym tu sobie i zapychała serwer wypocinami od dwóch godzin. Może chwilę poczytała. Jednak obecność paprochów, rozsypanego kociego żwirku, pełnego kosza na pranie i innych tego typu pierdół odbiera mi przyjemność z czegokolwiek. Ja chyba po prostu lubię pojeździć na szmacie. Lubię sam proces zaprowadzania porządku. Był syf, jest błysk. To poczucie sprawczości i zapach świeżości, ta błoga ułuda panowania nad rzeczywistością.

Czasem sobie wyobrażam, że przychodzi do nas sprzątać ktoś, jakaś pani najprawdopodobniej (bo panie się przecież zwykle tym parają). Zamykam oczy i widzę tę wyimaginowaną kobietę machającą mopem, myjąca okna, może jeszcze prasującą. Im bardziej się zagalopuję w tych wyobrażeniach, tym bardziej włos zaczyna mi się jeżyć. Ktoś obcy w moim domu? Przez ileś tam godzin? Wróć – ktoś obcy w moim domu w jednym czasie ze mną? Ktoś obcy dotykający nasze rzeczy? Nie, to nie dla mnie. Ja nawet zwlekam z ostatecznym wykończeniem ściany w kuchni. Jak pomyślę sobie o jakichś majstrach, których obcy zapach będę czuć na długo po ich wyjściu, to… To wymyślam a to farbę tablicową, a to namawiam Marcina, żeby jeśli nie farba, to sam położył kafle.  I z największą radością witam dobre 3-miesięczne terminy u potencjalnych glazurników.

Miałam napisać jeszcze o pewnej koszmarnej pani Basi, o tym że lubię pachnieć rozmarynem i że w ogóle lamus ze mnie. Ale nie napiszę, bo mi się nie chce. Tyle razy przysięgam sobie – tym razem będę pisała na bieżąco. A potem jak zwykle – jeden post na miesiąc, a czasem i na kwartał. Okoliczności i chęci sprzyjają, kawa gorąca obok, usiłuję wejść na własną stronę i okazuje się, że znów nie pamiętam loginu ani hasła. Wykonuję więc paniczny telefon do męża, w czasie telefonu część weny odpływa i o rozmarynie już nie napiszę. Co za strata dla ludzkości.

Napisze za to o morelach – uwielbiam morele. Dojadłam właśnie wczorajsze morele z jabłkami zapiekane pod kruszonką. Są cudowne z tą swoją delikatną herbacianą goryczką. Zrobiłam też kilka słoiczków dżemu morelowego (został już ostatni). Następne dżemy morelowe zrobię z dodatkiem rozmarynu. Sama nie wiem, czy gdzieś widziałam to połączenie, czy też sama je sobie wyobraziłam. Skoro truskawki z tymiankiem były obłędne, to czemu morele z rozmarynem miałyby być gorsze. Na bezmiksera mam kilkadziesiąt przepisów to wstawienia, zdjęcia leżą, szparagi dawno się skończyły, a mi zalega w komputerze tyle niewykorzystanych na czas wiosennych propozycji.

Nie, trzy godziny bez rodziny to dla mnie stanowczo za długo. Idę zadzwonić by ich zlokalizować, dziwnie mi w tej ciszy. Nawet sąsiad wystawił głowę zza płotu i zapytał – co tak cicho, gdzie dzieci?

No i przypomniało mi się jeszcze coś. Córki rysowały sobie przy stole i szczebiotały. W pewnym momencie słyszę przesuwanie krzesła i potem zapada cisza. Florka pyta – Jaśminko, dlaczego leżysz pod stołem? Jaśminka (nie mówiąca jeszcze „r”) – Flolka cicho, ja umalłam.

A napiszę jeszcze, że dzielną kobietą jestem. Marcin powrócił do karety w systemie dobowym, a ja ogarniam rzeczywistość. Dzieci czyste, najedzone, nawet trawnika udało mi się nie zaniedbać. Radę radę radę radę dam…

Alicja

 

 

Miejsce na piersi

Posted by Alicja on
Miejsce na piersi

Miejsce na piersi

Godzina 15:30, zaczynam wpis i już się zastanawiam ile razy będę musiała go przerwać. Mam za sobą dwa prania, zrobiony obiad na dwa dni, na kolejne dwa dni inny częściowo przygotowany. Zrobiona i wypita kawa mrożona dla wszystkich, a w piekarniku rumieni się ciasto z rabarbarem i truskawkami. Pomiędzy tym wszystkim odpowiedziałam na miliard pytań, ze trzysta razy zostałam oderwana aby rozstrzygać jakieś spory wagi siostrzanej, wyperswadować Brunonowi zjadanie ziemi lub piasku, wypuścić kota, wpuścić kota, pochwalić, podrapać, pogłaskać, przytulić.

Pisanie pozwala mi nieco zagęścić szarą masę, która czasem nabiera papkowatej konsystencji. Siedzę sobie na tarasie, ptaki ćwierkają, świerszcze cykają, pachnie wsadzona wczoraj lawenda oraz zioła. Przez okno dobiegł mnie łoskot wysypywanych z trzech kontenerów klocków Duplo. Biorąc pod uwagę, że każdy kontener ma pojemność dobrych dwudziestu litrów, zastanawiam się, czy będzie gdzie postawić stopę w salonie.  Nie, nie będę narzekać. Mąż mówi – idź odsapnij, weź ładowarkę do laptopa i napisz kilka słów bo dawno niczego twojego nie czytałem. Zamknę wyjście na taras, a ty zamknij drzwi wejściowe od zewnątrz na górny zamek, to w spokoju popiszesz, a maluchy cię nie obejdą.

Dobrze mi 🙂 Dobrze mi, pomimo kiepskiego tygodnia. Jestem jakaś taka rozlazła, tu zacznę, tam rozgrzebię, niczego nie skończę. Niech już nie będę dla siebie taka surowa, skończyłam dwóch klientów i ogródek ziołowy. Miała być w skrzyniach na tarasie tylko lawenda i zioła. Ale plany planami, a rzeczywistość swoje. Poza lawendą, mięta, szałwią, melisą, rozmarynem, bazyliami, tymiankiem, macierzanką, kolendrą, oregano, mam cukinię i pomidorki koktajlowe żółte i czerwone. Co tam, niech dzieci patrzą jak rośnie, a potem zrywają i zjadają.

Dwa dni temu byli u nas znajomi z dziećmi, jakże miło było mi usłyszeć – ale macie klimatycznie. Klimatycznie to dla mnie normalnie, bez nadęcia i połysku. Drewno, stonowane kolory, prostota, kupa piasku na środku salonu, dzieci z umorusanymi buziami, dzbanek kompotu na stole i kanapki z jajkiem na twardo. Tu zsiadłe mleko, tam domowy twarożek, tu kot ociera się o nogi, tam chomik zajada pietruszkę.

Jak nie być szczęśliwym? Mąż, dzieci – wszyscy zdrowi, kochający i kochani. Nie ma wojny, nie ma żadnych kataklizmów. To, że na wiele potrzebnych do domu rzeczy musimy poczekać, to prawda. Traktuję to jako najtrudniejszą lekcję cierpliwości, ale niekomfortowe sytuacje kształtują człowieka i nie żałuję ani tej lekcji, ani tej odrobiny niewygody. Liczymy się my, liczy się tu i teraz, bo za chwilę może przecież wydarzyć się wszystko.

Suszarka obwieszona wypranym świeżo strojem z emblematami ratownictwa medycznego nie pozwala mi nie myśleć o zmianach, jakie nas od czerwca czekają. Minęły dokładnie cztery lata od ostatniego dyżuru Marcina. Cztery lata poświęcone na wspólną opiekę nad dziećmi. Mi trudno wytrzymać bez życia zewnętrznego, a co dopiero ma powiedzieć mężczyzna? U samca ta potrzeba obowiązku zewnętrznego jest większa. W listopadzie zobaczyłam błysk w Marcina oczach, gdy wracał z kursu doskonalącego dla ratowników medycznych, wiedziałam że czas najwyższy na powrót do zawodu. Do tego drążenie kolegów – tyle żyć uratowałeś, nie tęskno ci?

Warunek z mojej strony był jeden – normalny wymiar godzin. Rodzina musi normalnie funkcjonować, inne gałęzi działalności gospodarczej również no i bardzo ważne – ja nie mogę zwariować. Najhigieniczniejszy wymiar dyżurów to dla mnie sześć dób w miesiącu, ale pewnie wypadnie o dwie więcej.

Ja oczywiście jestem napięta. Trója żywych brzdąców, z której każdy potrafi wymyślić nieprzewidywalne rzeczy i ja próbująca nad tym zapanować. Marcin się śmieje i mówi – najwyżej wezwiesz karetkę, na dyspozytorni większość znajomych, to mnie przyślą 😉 Poza moją napinką są same plusy. Mąż się połajdaczy w męskim towarzystwie, będziemy mieć większą dywersyfikację zarobków, dzieci zobaczą, że chociaż jeden z rodziców pracuje poza domem a nie po nocach lub z jęczącym brzdącem na kolanach. Jakby na to nie patrzeć – większa normalność nadchodzi. A ja czego nie mogę się doczekać w związku z tą sytuacją? Nie mogę się doczekać tylko jednego – podyżurowych opowieści przy śniadaniu.

A gdzie tytułowe miejsce na piersi? Otóż to jest tekst, którym jedna córka pojechała drugiej. Młodsza popchnęła starszą. Na co starsza – a ty masz już piersi Jaśmina, że mnie popychasz? Jaśmina – tak mam! Florencja – nie, nie masz piersi, ty masz tylko MIEJSCE NA PIERSI! Nie muszę chyba uściślać, że ta wymiana zakończyła się wymianą kuksańców.

A wczoraj rozbawił mnie Marcin. Nasze podejście do prezentów dla dzieci jest raczej spójne, ale zdarzają się zgrzyty. Zgrzyty pojawiły się odkąd powiłam syna. Sprawa wyboru prezentów dla dziewczyn była zawsze moją domeną, pro forma mówiłam co zamówiłam i po fakcie dokonanym. Gorzej bywało, jak przelew musiał iść z Marcinowego konta, ale i to do jakichś głębszych rozkmin go nie zmuszało. Teraz gdy jest syn, który porzucił już etap larwalny rozwoju i nawet fazę poczwarki pożegnał,  bardziej ustąpiłam pola mężowi w wyborze zabawek. Brunonowi zbliżają się imieniny no i do tego Dzień Dziecka się skrada. Pokazałam więc Marcinowi moje propozycje prezentowe z ulubionego sklepu internetowego, no i zaczęło się. To nie takie, to za kolorowe, to za mało przypomina dźwig, spychacz lub koparkę, to już ma, tamto za babskie, coooo ty chcesz mu kupić kawałek plastiku za 180 zł?!!! Oddałam wkurwiona komputer i orzekłam – to zamawiaj sam, pamiętaj tylko że musi dojść przed przyszłym czwartkiem. Zerkałam przez ramię, jak o dziwo w koszyku wylądowało dla dziewczyn to co proponowałam, tak dla syna mąż zaczął wertować cały asortyment sklepu w jedną i w druga, w trzecią i czwartą. Wreszcie pyta – jak to się nazywało, to coś co chciałaś kupić. I wściekły wpisuje w wyszukiwarkę sklepu -” kawałek plastiku zajebiście drogi”. A potem jak oczywiście wyszukiwarka niczego nie wypluła, triumfalnie mówi do mnie – o widzisz, skończyły się!

Sprawa skończyła się dość przewidywalnie. Po przeszukaniu innych sklepów, stwierdził że nasze dzieci wszystko w sumie mają, no może poza tym kawałkiem plastiku za 18o zeta. W związku z tym zamówił go w kolorze niebieskim. Dodał, że kupił to tylko dlatego, bo inaczej zrobiłabym to ja, na dodatek bez okazji.

 

Alicja

Stado mrówek i katary

Posted by Alicja on
Stado mrówek i katary

Stado mrówek i katary

Ależ zleciało, przed chwilą była Wielkanoc, a teraz jesteśmy na starcie majowego weekendu. Wprawdzie trzy najmniejsze nosy w rodzinie zaatakował katar, ale jesteśmy już po apogeum i dzieci prowadzą raczej ogrodowy niż domowy tryb życia.

Czuję się jak za starych czasów na wakacjach w Gródku Krajeńskim. Zwykle dzień wygląda tak, że z jednej strony mam otwarte na oścież drzwi balkonowe, z drugiej drzwi wejściowe, a cała trójka biega po dworze i co chwilę wpada z jednej strony domu, przemierza salon i wypada z drugiej. Przestałam już walczyć z kupą piasku na podłodze, pogodziłam się z wydzieranymi na kolanach spodniami i oknem, przez które niewiele co widać (no chyba, że powyżej zasięgu dziecięcych łapek). Dzieci są szczęśliwe, a im brudniejsze tym szczęśliwsze. Czarne paznokcie, włosy pachnące piaskiem, umorusane buzie. Nie żałuję przerwy od przedszkola, przynajmniej źrebaki pasą się na zewnątrz i mają swobodę, jakiej mieszkając w bloku nie zaznały.

Lubię nasze wyprawy do lasu – w jednej dłoni kanapka, w drugiej kij do rysowania po drodze. Brunon przekonał moje dwie baletnice, że spodnie, trampki, kije i kamienie to całkiem fajna sprawa. Taka czuję się kompletna mając córki i syna. Chociaż przyznam, że bałam się, czy będę umiała kochać chłopca tak mocno jak dziewczyny. A  tu szaleństwo, Marcin śmieje się, że uratować Brunona przede mną może tylko jeszcze jeden synek.

Może okrzepłam w macierzyństwie, a może to coraz większa dojrzałość. Przy Florce byłam napięta jak usta po wypełniaczu, nie umiałam cieszyć się tyloma rzeczami. Po pojawieniu się Jaśminki byłam skupiona głównie na jak najlepszej relacji między siostrami, a teraz… A teraz się delektuję i łza na rzęsie mi trzęsie. Bo najprawdopodobniej to ostatnie dziecko, więc z jednej strony mam dość nocnego karmienia faceta, który wcina bigos i kotlety, a z drugiej – może to ostatnie chwile karmienia w moim życiu. Mam dość walki z dziesięciokilogramowym brzdącem, który kocha protesty wszelakie, no ale jak długo będę w stanie go na ręce brać. W ogóle mam wrażenie, że chłopcy jakoś tak szybko z domu znikają. Matka z córką ma innego rodzaju więź. Więc sobie nie żałuję.

Fajne mam te dzieciaki no. Zaszyłam się na piętrze z laptopem i słyszałam, że dziewczyny przymierzają moje buty na obcasach. Skończyły, poukładały po sobie i zabrały się za odkurzanie. Same z siebie, pięciolatka i trzylatka – bo mama lubi jak jest czysto. Bratu zakatarzony nos wycierają, on się do nich tuli i usiłuje karmić tym co akurat ma w rączkach.

Kilka dni temu Florka lustruje mój jakże dorodny zad i pyta – i jak myślisz, schudłaś trochę? Albo baby małe przeglądają Elle i debatują co też mamie kupią, bo mama ma stanowczo za mało garderoby.

Faktycznie latka lecą, bo jakoś podejrzanie dużo rzeczy mnie rozczula. Na szczęście kompletnie nie rozczulają mnie mrówki, które postanowiły z nami zamieszkać. Walczę z nimi wbrew woli Jaśminki, która przekonuje, że mrówki to jej przyjaciółki i należy im tłumaczyć żeby się wyniosły.

Ha, odkryłam na dodatek że jak pomaluję paznokcie wieczorem po uśpieniu dzieci, to lakier wytrzymuje aż do południa dnia następnego 🙂 Wiem, wiem, hybryda, ale jakoś za hybrydą nie przepadam.

Jakże słodka chwila samotności właśnie się skończyła. Jaśminka usiadła koło mnie z puzzlami i poinformowała Florkę – ty idź z książką z drugiej strony, bo mama ma dwie strony wiesz. Brunon ładuje mi się na kolana i dopomina zaspokojenia swej ssaczej potrzeby.

Do napisania za miesiąc.

Alicja

Affogato w Wielki Czwartek

Posted by Alicja on
Affogato w Wielki Czwartek

Affogato w Wielki Czwartek

Śnieżna kołderka pokryła trawnik i taras. Patrzę na to z lekkim niedowierzaniem przez czyściutkie okna. Dzieci z mężem urzędują na piętrze, a ja usadowiłam się w bezpiecznej od nich odległości z laptopem i affogato w filiżance. Skoro zima wciąż trwa, to lepiej od kalorycznych pyszności nie stronić – do gorącej kawy z lodami dodałam łychę bitej śmietany.

Najchętniej lepiłabym pierogi z kapustą i grzybami, parzyła gorącym mlekiem mak na makowce. Żółciutkie żonkile pyszniące się w wazonie i palma zatknięta przy zegarze wyglądają niestosownie, jakby mi się święta pomyliły. Sernik na zimno? Za zimno mi na sernik na zimno. Najchętniej zapaliłabym świecę o zapachu cedru i cynamonu. Założyłam bluzę Marcina, otuliłam najsłodszymi i najcięższymi perfumami jakie mam i pewnie za chwilę napalę w kominku.

Nie lubię marca, tym samym nielubieniem, jakim nie lubię listopada, czy też pobudek o 2:30. Marzec i listopad to taki stan zawieszenia pomiędzy porami roku, oczekiwanie w stanie hibernacji. A patrząc na mój rytm okołodobowy, to o 2:30 czekam na 4:00, bo od niej jedynie żabi skok do 5:00, a 5:00 uznaję już za poranek i przestaję czuć się jak nieśpiący dziwoląg.

Skoro taki optymizm tryska z powyższych zdań, dodam jeszcze informację, że zamieszczonego na zdjęciu w poprzednim wpisie chomika zamordował nasz kot. Otworzył klatkę, wyciągnął i zabił. Jaśmince wstawiliśmy kit, że kot otworzył klatkę, a jej prezent urodzinowy skorzystał i uciekł do lasu by zamieszkać z dzikimi myszkami. Stało to nasze dziewczątko z noskiem przyklejonym do szyby w drzwiach wejściowych i wypatrywało czy chomiczek może jednak wraca do domu. Kot ma od tego czasu przerąbane, patrzę na niego najbardziej jaszczurczym spojrzeniem na jakie mnie stać. Instynkt instynktem, mam to gdzieś, chomik był członkiem rodziny i tyle. Nie mogliśmy zostawić córki z pustą klatką i wyrwą po prezencie. W związku z tym mamy kolejnego chomika – tym razem Jaśminka sama wybrała chomika dżungarskiego płci żeńskiej i nadała mu imię Chrupeczka. Zapowiedziałam, że jeżeli historia się powtórzy, to po pierwsze mordercy kryć nie będę, a po drugie sama gołymi rękoma zamorduję.

Jakieś dwadzieścia pięć procent wolnej powierzchni w garażu zastawione jest kartonami i torbami z ankietami, które czekają na przeniesienie do elektronicznej bazy danych. Mam wrażenie, że do śmierci tego nie zrobię, a już na pewno nie nastanie wiosna dopóki ten złóg pod naszym dachem będzie obecny. Sprawy firmowej papierologii delikatnie przemilczę, bo ZAPEWNE całe zastępy urzędników skarbowych czytają moje wpisy i o płaconych po omacku podatkach nie należy wspominać. No i na dokładkę odkryłam, że pewne pani rwie mojego męża. Mężowi niezręcznie, za to nasz były szef ma ubaw jak stąd do Warszawy, a z Warszawy do Olsztyna. A co ja mam w związku z tym? Nic. Ja mam to w dupie, bo pani jest starsza, a co za tym idzie bardziej obwisła ode mnie.

O, na piętrze jakieś krwawe ruchawki się zaczynają. To oznacza, że młody samiec jest głodny i trzeba iść, by dla wszystkich utłuc jakiegoś kotleta.

Alicja

Purezento, zmiany i nowy członek rodziny

Posted by Alicja on
Purezento, zmiany i nowy członek rodziny

Purezento i nowy członek rodziny

Purezento, zmiany i nowy członek rodziny

Purezento i nowy członek rodziny

Purezento i nowy członek rodziny

Co za obłęd, urzeczywistniło się u nas powiedzenie – jak nie urok, to sraczka. Przeszliśmy kolejny maraton chorobowy. Najpierw przeziębienie całej trójki, przechodzące u Florki w zapalenie oskrzeli. Potem powikłania po antybiotyku, które mogły nas zaprowadzić wprost do szpitala zakaźnego i wreszcie gorączka u pozostałej dwójki.

Czuję się, jak pokrowiec na siebie samą. Zerkam w lustro i dopada mnie rezygnacja. Cera w kolorze masy solnej, ciało nabrało dziwnie ciastowatej konsystencji, brwi krzaczaste, a włosy… No cóż, Jaśminka patrząc na mnie przy śniadaniu zapytała zdławionym szeptem – mamo, a czy ty masz na głowie gąsienicę? Tak, mam. Nie da się tego trafniej określić. Odrastają mi włosy, które straciłam będąc na tej cholernej diecie bez wszystkiego.  I jak po umyciu zrobię sobie kitkę,  to te krótkie, odrastające włosy stoją mi dęba – gąsienica jak nic.

Potrzebuję wyjścia z domu, oderwania od spraw potomstwa. Chcę czuć wiatr we włosach i promienie słońca na twarzy. Czuję, że straciłam kontrolę nad własnym życiem. Słucham Marcina, który tłumaczy, że to minie, że dzieci przestana chorować, że będziemy mogli więcej pracować, że przetrwamy jakoś ten trudny czas i wreszcie wyjdziemy na prostą. Prześlizgują się te tłumaczenia ledwo muskając moją skórę – nie wierzę, że znów będzie stabilnie.

A jeśli chodzi o tytułowe nowe, to wypisujemy dzieci z przedszkola. Kluł mi się ten pomysł w głowie, a nabrał rzeczywistych kształtów, gdy nasza pediatra orzekła – i bardzo dobrze, bo zwariujecie.

Zapisaliśmy pociechy od września do nowego przedszkola, znacznie mniejszego od tego poprzedniego. Od kwietnia lub maja planujemy posłać tam dziewczyny na zajęcia integracyjne, więc w jakimś poczuciu obowiązku będą do wakacji utrzymane. Musimy uratować resztki zdrowia psychicznego i ustabilizować zarobki. Wolę trójkę zdrowych dzieci rozrabiających mi w domu w ciągu dnia, niż tydzień przedszkola, a potem trzy tygodnie choroby i wycięte z normalnego funkcjonowania dni i noce.

No i na koniec Purezento Joanny Bator – odrobina przyjemności w tym całym obłędzie. Muszę przyznać, że dawno mi się tak przyjemnie przez książkę nie płynęło. Powieść raczej dla kobiet, ale nie oklepana sztampa. Taka aksamitna w odbiorze, jak dobra gorzka czekolada. Pochłonęłam ją łapczywie, trudno było inaczej. Drugie czytanie na pewno się odbędzie i będzie ono przypominało powściągliwe konsumowanie czekolady – po kosteczce, góra dwóch.

Po tej jakże wnikliwej i merytorycznej recenzji, będę uciekać do kuchni. Obiecałam dzieciom wspólne pieczenie ciasteczek i to zanim głowa rodziny z biura wróci.

P.S. Nie napisałam o nowym członku rodziny. Widać go jednak na zdjęciu – nasza Jaśminka ma chomika 🙂

Alicja

 

Inne ochoty

Posted by Alicja on
Inne ochoty

Inne ochoty

Inne ochoty

Wreszcie śnieg napadał i to w ilości pozwalającej na zrobienie bałwana i porzucanie się śnieżkami. Dzieci są szczęśliwe i podekscytowane, a my cieszymy się, że nie muszą one czekać na planowany w jakiejś mglistej przyszłości wyjazd w góry, żeby móc po śniegu pobiegać. Brakuje mi jeszcze mrozu, bo charakterystyczne trzeszczenie śniegu pod butami i w mojej pamięci powoli się zaciera.

U nas następuje powrót do przeszłości – Brunon śpi, ja piję kawę i klecę sobie zdania. Zdania zwyczajne, codzienne, raz trochę lepsze, raz gorsze. W przytłaczającej ilości zupełnie przeciętne. Poczyta sobie taka matka drugą część rozmów Jerzego Pilcha z Eweliną Pietrowiak i… I nagle okazuje się, że nie tylko zajmuje ją brak mleka w ciumkanej od godziny przez syna piersi, ale i zawstydzający brak wiedzy o literaturze. To co w liceum polonistka wtłoczyła nam do głów, z mojej głowy w dużej mierze uleciało. Zachłyśnięcie się samodzielnym życiem, a potem cyklicznym wydawaniem na świat potomstwa, skurczyło bardzo obszar moich zainteresowań poszerzając jednocześnie obszar zaniechań.

Kłamstwem byłoby stwierdzić, że nie czytam. Czytam. Czytam głównie książki, które nie wymagają większego skupienia na treści. Książki, które są jak kupne słodycze, którymi delektować się nie sposób i w których poza głównym wątkiem, intensywnym niczym słodycz syropu glukozowo-fruktozowego nie ma za wiele finezji. Książki takie po czytelniczym połknięciu wynoszę na przedszkolną półeczkę wymiany książkowej. Nie gromadzę niczego, do czego nie mam ochoty, ani potrzeby powrócić.

Czytaj dalej – inne ochoty:

Ostatni kwartał roku – podsumowanie

Posted by Alicja on
Ostatni kwartał roku – podsumowanie

Ostatni kwartał roku - podsumowanie

Ostatni kwartał roku – podsumowanie

Ostatni kwartał roku nie był dla nas łaskawy. Najpierw ciągnące się jak smród po kalesonach infekcje u wszystkich dzieci. Potem pojawiło się rozporządzenie ministra zdrowia, które drastycznie zmniejszyło zarobki. Wyskakujące co chwilę nowe opłaty związane z zakończeniem budowy i równie gęsto pojawiające się usterki w domu. Wisienką na torcie jest choroba Marcina wraz z potrzebą poddania się prywatnie zabiegowi i kapiąca nam wnet na nos woda z sufitu w sypialni.

Zaliczyłam w związku z tym napady paniki o bezpieczeństwo rodziny przeplatane epizodami totalnego doła, obojętnością i niemocą ruszenia się chociażby w celu przygotowania obiadu dzieciom. Czas wreszcie udać się do specjalisty i nazwać ten lepki i stęchły stan, w którym tkwię od lat. Wyczekuję końca roku, niech ten już idzie sobie w cholerę.

Poza problemami usiłujemy żyć normalnie. Robimy szczegółowe plany zmian mających poprawić funkcjonowanie niespodziewanie okaleczonej firmy, mozolnie dokupujemy drobnicę mającą sprawić wrażenie pełniejszego umeblowania domu.

Z racji zbliżającego się terminu zabiegu, Marcin dostał zalecenie ograniczonego kontaktu z dużymi zbiorowiskami ludzi. Dziewczyny więc przez cały grudzień mają wagary od przedszkola (ku niezadowoleniu tejże jednostki). Ma swoje zalety ten czas. Jest pozbawiony porannego pośpiechu, częstych infekcji. Mamy za to więcej czasu na wspólne zabawy, spacery, czytanie książek. No i mogliśmy bardziej celebrować przedświąteczny czas.

Czytaj dalej – ostatni kwartał roku – podsumowanie

U siebie

Posted by Alicja on
U siebie

U siebie

Siedzę sobie na podłodze w pokoju Florki i cieszę niezmiernie z tego, że wreszcie piszę mieszkając w naszym domu. Na to, by wreszcie być u siebie czekaliśmy wiele lat. Najpierw to nam trudno było podjąć decyzję, gdzie to „u siebie” ma się znajdować. Pojawienie się trzeciego dziecka przyśpieszyło na szczęście cały ten proces.

Wykańczanie domu mnie wykańcza. Czekamy na montaż drzwi wewnętrznych, w kuchni brakuje jeszcze uchwytów i kilku frontów, przed nami zakładanie reszty listew podłogowych i poprawki w górnej łazience. No i meble. Meblować to my się chyba będziemy przez najbliższe dwa lata, a może i dłużej.

Ale za to mamy kawałek własnej trawy przed domem, a w tej trawie rosną leśne wrzosy i podgrzybki. Dzieci są szczęśliwe, czują się bezpiecznie i swobodnie. Nawet nasza niespełna trzylatka nie boi się spać sama w swoim pokoju.

Najbardziej lubię poranki. Za oknem jeszcze szarawo, a ja schodzę na palcach po delikatnie poskrzypujących schodach. Podciągam trochę rolety, uchylam okno, nastawiam kawę w ekspresie. Ekspres sobie prycha i bulgocze, w kominku jeszcze delikatnie się żarzy, a ja wdycham zapach wilgotnego, sennego lasu. Z dzieci pierwszy budzi się zwykle Brunon, który ma jakieś radary i otwiera oczy, gdy tylko oddalę się od niego na 50 cm. Po Brunonie wstaje Florka, która z radością melduje się w kuchni i od razu deklaruje chęć pomocy przy porannej krzątaninie. Ostatnia pojawia się Jaśminka. Czasem budzi się sama, a czasem z żalem budzę ją ja.

Jak można narzekać, jeśli każdego dnia mamy możliwość zasiadania w piżamach do wspólnego porannego posiłku? Zwykle nasze rozmowy kręcą się wokół przedszkola – jadłospisu na dany dzień, mojej próby przeforsowania jak najwygodniejszego stroju, wyboru fryzur, tego co będziemy robić po przedszkolu i tego co też Brunon robi, jak jego najlepsze na świecie opiekunki oddają się zabawom, tańcom i innym przedszkolnym zajęciom.

Deszcz sobie pada, po domu roznosi się zapach rosołu. Zerkam w okno sąsiada, w którym odbija się dym wijący się z naszego komina. Po rosole chcę koniecznie upiec drożdżówki. Żeby dzieci zajadały, kruszonkę zeskubywały i pytały, czy też mogą jeszcze jedną. A poza tym ugotowanie rosołu i upieczenie ciasta drożdżowego są dla mnie niezbędne, żeby móc uznać kuchnię za ochrzczoną. Czas te wszystkie pierwsze razy mieć za sobą i odnaleźć wreszcie rytm, bo nikt za nas pracować nie będzie 🙂

Alicja

Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Posted by Alicja on
Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Myślałam, że już nigdy tu nie wrócę, że spakuję raz na zawsze, zamknę, że w tym wieku nie uchodzi. Ale potrzeba napisania kilku słów stała się nieznośna, tym bardziej że warunki sprzyjają.

Siedzę sobie w maminej kuchni, w ulubionym miejscu. Na twarzy i włosach maseczka, w kubku kawa, obok mnie trzy zmięte papierki po wafelkach Duplo. Czujnym okiem lustruję teren za oknem – nie, jeszcze moi nie wracają ze spaceru.

Jak streścić te ostatnie pięć miesięcy? Umknęły mi one dość szybko przy kołowrotku z trójką maluchów i budową domu. Czasu nie miałam, nastroju nie miałam, ciągle przestraszona przy moim małym alergiku czuwałam. Etap ten na szczęście zamknęliśmy równie szybko jak u dziewczyn. Brunon i ja jemy już wszystko, zaczynam zapominać o wiecznie niedrożnym nosie, kaszlu i duszności u dziecka.

Z każdym kolejnym potomkiem nabieram luzu i dystansu. I pękam ze śmiechu na samo wspomnienie moich „problemów” z pierwszym dzieckiem, albo potrzeby posiadania tysiąca absolutnie niezbędnych niezbędników, bez których obyć się nie sposób, bo jeszcze wyjdzie się na nieświadomą, niezbyt idącą z duchem prowincjuszkę.

Drugie dziecko, zwłaszcza krótko po pierwszym urodzone świetnie leczy z przeróżnych rodzicielskich natręctw. A trzecie? No przy trójce urodzonej w przeciągu 4 lat to już jest prawdziwa walka o życie, na natręctwa „idealnej matki” nie ma miejsca 🙂

Im więcej dzieci, tym szybciej one rosną. Córki wzięły udział w swoich pierwszych zawodach biegowych. Cel, którym było dobiegnięcie do mety został osiągnięty, a pierwsze medale zdobyte. Na poniższym zdjęciu moje małe zestresowane zawodniczki chwilę po odebraniu numerów startowych:

A co z naszymi czterema kątami? Otóż nasze cztery kąty jeszcze nie są gotowe do zamieszkania. Pomieszkujemy więc u mojej mamy od końca lipca, co łatwe dla obu stron nie jest. Mam nadzieję, że w przyszłą niedzielę śniadanie będziemy jeść w nie do końca wykończonym, ale jednak własnym domu.

Na skutek tego zamętu z przeprowadzką postanowiliśmy opóźnić dziewczynom o tydzień pójście do przedszkola. Rozbicie dowożonej 40 km na przedszkolne zajęcia adaptacyjne Jaśminki nas w tym utwierdziło.

 

Muszę też przyznać, że budowa pierwszego domu jest niezwykle pouczającym doświadczeniem. Nauczyłam się dwóch ważnych rzeczy – do szacowanego terminu przeprowadzki dolicz trzy miesiące oraz – planowany budżet na wykończenie domu powiększ o 30%. Dzięki temu wszystkiemu zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na ceny domów z drugiej ręki. Na przykład cena 600 tys. za niewielki domek na 500 – metrowej działce w ogóle mnie nie dziwi.

Rodzina ze spaceru powróciła, maseczka na twarzy uniemożliwia jakąkolwiek mimikę, zamiast włosów mam suche strąki. Florka zarzuca mnie pytaniami na temat stroju znalezionego na obrazku trolla, Jaśminka dmucha w wygrzebany nie wiem skąd instrument Viola (pamięta to ktoś?), Brunon przepełzł do kuchni i miesza w kocich michach. Czas uciekać, powrócić do ogarniania stada i sikających pod kuwetę kotów – oszaleję!

Alicja

 

Ptasie trele

Posted by Alicja on
Ptasie trele

Ptasie trele

No to mamy wiosnę na całego. W koronie drzewa, które widać z okien naszej sypialni ptaki uwijają się na całego. Co rano budzą nas ptasie trele, co wieczór usypia gruchanie gołąbków, w trakcie nocnego karmienia obserwuję śmigające nietoperze.

Córki skróciły czas swego snu jeszcze bardziej. Zasypiają później, bo zawsze wieczorem jest jeszcze tyle do zrobienia, powiedzenia, obejrzenia, przeczytania. Wstają zwykle po 5 rano. Gdy tylko wymknęło mi się małe słówko skargi wprost do ucha mojej mamy, usłyszałam że byłam identyczna.

Wczoraj zrobiliśmy Florce wagary od przedszkola. Wstałam raniutko, upiekłam muffinki z rodzynkami i śmignęliśmy na łono natury.

Muffiny z rodzynkami

 

Ja

Marzę żeby ta wiosna i lato były ostatnimi, jakie spędzamy mieszkając w bloku. Domek nasz już sobie stoi w stanie surowym. Nawet elektryk skończył już swoją pracę. Teraz będą kłaść tynki, a my będziemy się uwijać żeby na te tynki zarobić. Jak widać nie tylko ptaki wiją gniazda, my też przy swoim się uwijamy.

Otworzyliśmy dziś sezon lodowy. Kupujemy lody na wynos z naszej ulubionej cukierni, dziewczynom dokupujemy wafelki. Córki uwielbiają umościć się na nasłonecznionym balkonie i zajadać lodowe kulki.

lody

Zasadziłam na balkonie bratki. Grzebałyśmy się wszystkie trzy w ziemi i było cudownie. Zwykle jednak te słodkie chwile rodem z reklamy płatków śniadaniowych, kończą się w sposób gwałtowny, a towarzyszy im krzyk i dziki tętent po mieszkaniu. Córki potrafią walczyć ze sobą niczym dwie małe kotki. Kiedy ja doczekam, że będą spokojne i dostojne jak nasz kocur. Nawet nie mam nic przeciwko takiemu groźnemu spojrzeniu.

Alicja