U siebie

Posted by Alicja on
U siebie

U siebie

Siedzę sobie na podłodze w pokoju Florki i cieszę niezmiernie z tego, że wreszcie piszę mieszkając w naszym domu. Na to, by wreszcie być u siebie czekaliśmy wiele lat. Najpierw to nam trudno było podjąć decyzję, gdzie to „u siebie” ma się znajdować. Pojawienie się trzeciego dziecka przyśpieszyło na szczęście cały ten proces.

Wykańczanie domu mnie wykańcza. Czekamy na montaż drzwi wewnętrznych, w kuchni brakuje jeszcze uchwytów i kilku frontów, przed nami zakładanie reszty listew podłogowych i poprawki w górnej łazience. No i meble. Meblować to my się chyba będziemy przez najbliższe dwa lata, a może i dłużej.

Ale za to mamy kawałek własnej trawy przed domem, a w tej trawie rosną leśne wrzosy i podgrzybki. Dzieci są szczęśliwe, czują się bezpiecznie i swobodnie. Nawet nasza niespełna trzylatka nie boi się spać sama w swoim pokoju.

Najbardziej lubię poranki. Za oknem jeszcze szarawo, a ja schodzę na palcach po delikatnie poskrzypujących schodach. Podciągam trochę rolety, uchylam okno, nastawiam kawę w ekspresie. Ekspres sobie prycha i bulgocze, w kominku jeszcze delikatnie się żarzy, a ja wdycham zapach wilgotnego, sennego lasu. Z dzieci pierwszy budzi się zwykle Brunon, który ma jakieś radary i otwiera oczy, gdy tylko oddalę się od niego na 50 cm. Po Brunonie wstaje Florka, która z radością melduje się w kuchni i od razu deklaruje chęć pomocy przy porannej krzątaninie. Ostatnia pojawia się Jaśminka. Czasem budzi się sama, a czasem z żalem budzę ją ja.

Jak można narzekać, jeśli każdego dnia mamy możliwość zasiadania w piżamach do wspólnego porannego posiłku? Zwykle nasze rozmowy kręcą się wokół przedszkola – jadłospisu na dany dzień, mojej próby przeforsowania jak najwygodniejszego stroju, wyboru fryzur, tego co będziemy robić po przedszkolu i tego co też Brunon robi, jak jego najlepsze na świecie opiekunki oddają się zabawom, tańcom i innym przedszkolnym zajęciom.

Deszcz sobie pada, po domu roznosi się zapach rosołu. Zerkam w okno sąsiada, w którym odbija się dym wijący się z naszego komina. Po rosole chcę koniecznie upiec drożdżówki. Żeby dzieci zajadały, kruszonkę zeskubywały i pytały, czy też mogą jeszcze jedną. A poza tym ugotowanie rosołu i upieczenie ciasta drożdżowego są dla mnie niezbędne, żeby móc uznać kuchnię za ochrzczoną. Czas te wszystkie pierwsze razy mieć za sobą i odnaleźć wreszcie rytm, bo nikt za nas pracować nie będzie 🙂

Alicja

Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Posted by Alicja on
Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Czyściec – między przeprowadzką a przeprowadzką

Myślałam, że już nigdy tu nie wrócę, że spakuję raz na zawsze, zamknę, że w tym wieku nie uchodzi. Ale potrzeba napisania kilku słów stała się nieznośna, tym bardziej że warunki sprzyjają.

Siedzę sobie w maminej kuchni, w ulubionym miejscu. Na twarzy i włosach maseczka, w kubku kawa, obok mnie trzy zmięte papierki po wafelkach Duplo. Czujnym okiem lustruję teren za oknem – nie, jeszcze moi nie wracają ze spaceru.

Jak streścić te ostatnie pięć miesięcy? Umknęły mi one dość szybko przy kołowrotku z trójką maluchów i budową domu. Czasu nie miałam, nastroju nie miałam, ciągle przestraszona przy moim małym alergiku czuwałam. Etap ten na szczęście zamknęliśmy równie szybko jak u dziewczyn. Brunon i ja jemy już wszystko, zaczynam zapominać o wiecznie niedrożnym nosie, kaszlu i duszności u dziecka.

Z każdym kolejnym potomkiem nabieram luzu i dystansu. I pękam ze śmiechu na samo wspomnienie moich „problemów” z pierwszym dzieckiem, albo potrzeby posiadania tysiąca absolutnie niezbędnych niezbędników, bez których obyć się nie sposób, bo jeszcze wyjdzie się na nieświadomą, niezbyt idącą z duchem prowincjuszkę.

Drugie dziecko, zwłaszcza krótko po pierwszym urodzone świetnie leczy z przeróżnych rodzicielskich natręctw. A trzecie? No przy trójce urodzonej w przeciągu 4 lat to już jest prawdziwa walka o życie, na natręctwa „idealnej matki” nie ma miejsca 🙂

Im więcej dzieci, tym szybciej one rosną. Córki wzięły udział w swoich pierwszych zawodach biegowych. Cel, którym było dobiegnięcie do mety został osiągnięty, a pierwsze medale zdobyte. Na poniższym zdjęciu moje małe zestresowane zawodniczki chwilę po odebraniu numerów startowych:

A co z naszymi czterema kątami? Otóż nasze cztery kąty jeszcze nie są gotowe do zamieszkania. Pomieszkujemy więc u mojej mamy od końca lipca, co łatwe dla obu stron nie jest. Mam nadzieję, że w przyszłą niedzielę śniadanie będziemy jeść w nie do końca wykończonym, ale jednak własnym domu.

Na skutek tego zamętu z przeprowadzką postanowiliśmy opóźnić dziewczynom o tydzień pójście do przedszkola. Rozbicie dowożonej 40 km na przedszkolne zajęcia adaptacyjne Jaśminki nas w tym utwierdziło.

 

Muszę też przyznać, że budowa pierwszego domu jest niezwykle pouczającym doświadczeniem. Nauczyłam się dwóch ważnych rzeczy – do szacowanego terminu przeprowadzki dolicz trzy miesiące oraz – planowany budżet na wykończenie domu powiększ o 30%. Dzięki temu wszystkiemu zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na ceny domów z drugiej ręki. Na przykład cena 600 tys. za niewielki domek na 500 – metrowej działce w ogóle mnie nie dziwi.

Rodzina ze spaceru powróciła, maseczka na twarzy uniemożliwia jakąkolwiek mimikę, zamiast włosów mam suche strąki. Florka zarzuca mnie pytaniami na temat stroju znalezionego na obrazku trolla, Jaśminka dmucha w wygrzebany nie wiem skąd instrument Viola (pamięta to ktoś?), Brunon przepełzł do kuchni i miesza w kocich michach. Czas uciekać, powrócić do ogarniania stada i sikających pod kuwetę kotów – oszaleję!

Alicja

 

Ptasie trele

Posted by Alicja on
Ptasie trele

Ptasie trele

No to mamy wiosnę na całego. W koronie drzewa, które widać z okien naszej sypialni ptaki uwijają się na całego. Co rano budzą nas ptasie trele, co wieczór usypia gruchanie gołąbków, w trakcie nocnego karmienia obserwuję śmigające nietoperze.

Córki skróciły czas swego snu jeszcze bardziej. Zasypiają później, bo zawsze wieczorem jest jeszcze tyle do zrobienia, powiedzenia, obejrzenia, przeczytania. Wstają zwykle po 5 rano. Gdy tylko wymknęło mi się małe słówko skargi wprost do ucha mojej mamy, usłyszałam że byłam identyczna.

Wczoraj zrobiliśmy Florce wagary od przedszkola. Wstałam raniutko, upiekłam muffinki z rodzynkami i śmignęliśmy na łono natury.

Muffiny z rodzynkami

 

Ja

Marzę żeby ta wiosna i lato były ostatnimi, jakie spędzamy mieszkając w bloku. Domek nasz już sobie stoi w stanie surowym. Nawet elektryk skończył już swoją pracę. Teraz będą kłaść tynki, a my będziemy się uwijać żeby na te tynki zarobić. Jak widać nie tylko ptaki wiją gniazda, my też przy swoim się uwijamy.

Otworzyliśmy dziś sezon lodowy. Kupujemy lody na wynos z naszej ulubionej cukierni, dziewczynom dokupujemy wafelki. Córki uwielbiają umościć się na nasłonecznionym balkonie i zajadać lodowe kulki.

lody

Zasadziłam na balkonie bratki. Grzebałyśmy się wszystkie trzy w ziemi i było cudownie. Zwykle jednak te słodkie chwile rodem z reklamy płatków śniadaniowych, kończą się w sposób gwałtowny, a towarzyszy im krzyk i dziki tętent po mieszkaniu. Córki potrafią walczyć ze sobą niczym dwie małe kotki. Kiedy ja doczekam, że będą spokojne i dostojne jak nasz kocur. Nawet nie mam nic przeciwko takiemu groźnemu spojrzeniu.

Alicja

Dziecko w szpitalu

Posted by Alicja on
Dziecko w szpitalu

Oby innych karetek niż drewniane nie musieć nigdy z bliska oglądać

Dziecko w szpitalu

Dziecko w szpitalu

Oby innych karetek niż drewniane nie musieć nigdy z bliska oglądać…

Mamy za sobą najtrudniejsze do tej pory doświadczenie rodzicielskie – Brunon wylądował w szpitalu. Dziecko w szpitalu powoduje, że wszystko staje na głowie. Z jednej strony strach o życie niespełna 6-tygodniowego synka, z drugiej rozdzierająca tęsknota za zostawionymi w domu córkami. Nerwy z powodu opóźnień w firmie. Zamknięcie na małej powierzchni i ten czas, który wlecze się w szpitalu niemiłosiernie.

Początek całego zamieszania był dość niewinny. Zaczęło się od zwykłego kataru, który po dwóch dniach zaczął gęstnieć. A po zgęstnieniu nie można go było odessać, wystarczyło półtorej doby, żeby wylądować w szpitalu z obustronnym zapaleniem płuc. Na szczęście tak jak szybko maluch się w domu pogorszył, tak szybko z choroby wyszedł. Wystarczyło 6 dni i był osłuchowo czyściutki. Kolejne 4 doby, które już bez strachu o Brunona spędziłam w szpitalu, to było jedno wielkie oczekiwanie na wyjście.

Najtrudniejsze dla mnie były trzy pierwsze szpitalne dni. Nie dość, że stan dziecka był wtedy najcięższy, to był to czas poprzedzający drugie urodziny Jaśminki. Generalnie ryczałam w telefon non stop i poza telefonem też łzy lały się co chwilę. Stres puścił po zdmuchnięciu przez córcię świeczek, w czym mogłam brać udział dzięki możliwości videorozmowy. Potem było już z górki, Brunuś zdrowiał w tempie ekspresowym, ja załapałam już rytm szpitalny, no i miałam w sali doborowe towarzystwo Joli i jej córeczki Marty.

Muszę jednak przyznać uczciwie, że po tym doświadczeniu rozsypałam się zupełnie jako matka. Bałam się wyjść na pierwszy poszpitalny spacer, a każde kichnięcie dziecka przyprawiało mnie o łomot serca. Na szczęście okrzepłam już trochę po tym wszystkim i nasze życie zaczyna się normalizować.

W ostatnim Twoim Stylu poruszono właśnie temat dzieci w szpitalu i wszystkich trudów, jakie to zdarzenie ze sobą niesie. Czytałam te poszczególne historie i stwierdziłam, że mieliśmy dużo szczęścia i tak najgorzej to jednak nie było. Ba, można nawet powiedzieć, że było super ( jak na szpital oczywiście). Z wielu powodów było mi zdecydowanie łatwiej niż matkom z artykułu TS.

Dziecko w szpitalu – czytaj dalej:

Syn Brunon

Posted by Alicja on
Syn Brunon

Okres noworodkowy

Syn Brunon

Brunon zakończył okres noworodkowy i wszedł dziś w niemowlęcy, a ja ani słowa nie napisałam. Nie napisałam ani o świętach Bożego narodzenia, ani o porodzie, syna nie przedstawiłam, o reakcji córek nie pisnęłam słówka. Te cztery tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Usiłowałam złapać rytm naszego nowego życia – no i złapałam. Tylko ten rytm z arytmią ma strasznie dużo wspólnego.

Brunon - pierwsza doba

Zabrałam aparat do szpitala 🙂

Brunona urodziłam 29 grudnia. Ten pełen napięcia i oczekiwania czas, który jak zwykle u nas zbiegł się z Bożym Narodzeniem był naprawdę trudny do wytrzymania. Gdy rodziłam obie córki, padał śnieg. Śmiałam się nawet lustrując widok za oknem w kolejne grudniowe dni – śniegu nie ma, dziś syna nie urodzę.

No i jak myślicie, co zobaczyłam w nocy przez okno, gdy obudziły mnie pierwsze bóle porodowe? Oczywiście prószący śnieg 🙂 Mój trzeci poród bardziej przypominał komedię i o mały włos nie urodziłam w domu. Nauczona doświadczeniem, że na porodówkę najlepiej dojechać z pełnym rozwarciem, tym razem przegięłam. Zerwałam się do wyjścia z domu po pierwszym skurczu partym. Po 50 minutach rozmawiałam przez telefon z mamą przy akompaniamencie pierwszych krzyków mojego syna.

Całe szczęście, że czuwający nade mną lekarz, dał znać kolegom, że jedzie do nich taka jedna, która szybko rodzi. No i … No i to właśnie było takie zabawne. Ja nigdy nie widziałam żeby za mną biegło tyle osób, co na bloku porodowym.  Ja pędziłam kurcgalopkiem do wskazanej sali, a za mną biegły cztery położne z naręczem różnych rzeczy i wózkiem, pamiętam też dolatujące do moich uszu skargi – ona nie chce usiąść na wózek, ona nie chce usiąść. To nie była celowa niesubordynacja, ja już po prostu nie mogłam usiąść. Trafiłam na cudowną położną, która nie niewoliła mnie bezruchem. Rodziłam sobie na stojąco, co bardzo mi odpowiadało. Siła grawitacji robi swoje – cztery skurcze parte i syn był na zewnątrz. Jak już wszyscy ochłonęliśmy, to się nieźle uśmialiśmy z całej akcji. Tak więc z porodówki wyszłam na własnych nogach, pchając sobie wózeczek z synkiem i poszłam na odcinek poporodowy.

Czytaj dalej – okres noworodkowy i już po

Czas przedporodowy

Posted by Alicja on
Czas przedporodowy

Miłość międzygatunkowa

Czas przedporodowy

Kalendarz wskazuje 10. dzień grudnia, za oknem wichura, ulewa i 10 stopni na plusie. Córki bawią się klockami, mąż pracuje, a mi trudno uwierzyć, że Boże Narodzenie już za dwa tygodnie. Czas przedporodowy wypadający u mnie zawsze w okolicy świąt powoduje spore napięcie. Czy ze wszystkim zdążę, czy na święta będę w domu, czy córki będą bardzo się denerwowały moją ewentualną nieobecnością.

Brzuch się obniżył, macica wykonuje intensywną gimnastykę. Mam już potrzebę absolutnego wyciszenia. Tak bardzo chciałabym już być po wszystkim, być w domu z mężem i wszystkimi dziećmi. Czy boję się trzeciego porodu? Oczywiście, że się boję i nie wiem czy jest to możliwe, by ten strach wraz z liczbą porodów się zmniejszał. Tak, tak, czas spakować torbę.

Córki udało nam się przeprowadzić do jednego łóżka. Teraz walczą o dominację nie tylko w dzień, ale i w nocy. Jedna na kołdrze, druga pod kołdrą, jedna wzdłuż łóżka, druga w poprzek, jedna śpi, to druga gada. Czasem myślę, że oszaleję i zastanawiam się jak w tym wiecznym hałasie odnajdzie się noworodek. Trudno, przemęczymy się jeszcze niespełna rok na tych trzech pokojach. Mury domu rosną w tempie ekspresowym, nawet udało nam się zjeść w zeszły weekend rogaliki, w miejscu, w którym będzie kuchnia. Zaliczyliśmy też pierwszy spacer po lesie w pobliżu domu. Tak chciałabym się pozbyć strachu o to, że coś stanie na przeszkodzie do zamieszkania w wymarzonych własnych czterech kątach.

Jaśminka

Śpiąca Królewna

 

Smile

Dobra Wróżka

Dbam więc o dobry nastrój. Do dziewczęcego szczebiotu przygrywa nam Louis Armstrong, rozpieszczam siebie i męża aromatyczną herbatą z domową konfiturą wiśniową. W domu pachnie drożdżowym ciastem i cynamonową świecą. Jestem ciekawa, czy córki będą tak bardzo pamiętały zapachy jak ja. Gdy przypominam sobie coś z dzieciństwa, to najpierw czuję zapach. Pracuję więc nad pięknym zapachem wspomnień dla naszych dzieci.

 

Konfitura wiśniowa

Domowa konfitura z wiśni

 

Strudel z serem

Strucla z serem

 

wpis przedporodowy

Miłość międzygatunkowa

Alicja

 

 

Memo dotykowe – Sowa Marcel Lilliputiens

Posted by Alicja on
Memo dotykowe – Sowa Marcel Lilliputiens

Memory

Memo dotykowe – Sowa Marcel Lilliputiens

Deszczowa pogoda nie sprzyja długim spacerom. Ostatnio popołudnia upływają nam na budowaniu różności z klocków, zabawie z grami planszowymi i oczywiście przy wszelkich pracach plastycznych. Wśród gier jednym z naszych ulubieńców jest memo dotykowe Lilliputiens.

Obiecałam sobie już dawno, że powstawiam wpisy na temat zabawek dziecięcych. Tych ulubionych, przy których całej rodzinie dobrze spędza się czas. Tych, które najchętniej bym zdublowała, gdy tylko widzę postępujące zużycie. Poza tym mam tyle ulubionych artykułów dziecięcych, bez których nie wyobrażam sobie wyprawki dla noworodka. Tyle marek, które sprawdziłam wielokrotnie i które zasługują, by szepnąć o nich słówko.

Nadchodzi okres gorączkowego poszukiwania prezentów dla dzieci, zaczynam więc dawno planowany cykl wpisów, zaczynam go od Sowy Marcela.

Memo dotykowe

Sowa Marcel

W brzuchu Marcela znajduje się 10 par żetonów. Wszystkie pary różnią się od siebie obrazkiem oraz fakturą materiału umieszczonego na środku krążka. Gra polega na tym, że po jednym żetonie z każdej pary kładziemy na stole obrazkiem do dołu, a pozostałe żetony znajdują się w Marcelu. Gracz losuje żeton ze stołu, a następnie posługując się jedynie dotykiem stara się odnaleźć brakującą parę w brzuchu Marcela.

Bawiąc się z młodszymi dziećmi, można wybrać tylko kilka par żetonów, różniących się najbardziej strukturą materiału. Wraz z nabywaną przez dziecko wprawą dokładać kolejne pary.

Wśród elementów, z których składa się gra, znajduje się też 4-elementowe puzzle, które jest „przeszkadzajką” mającą utrudnić odnalezienie par – Marcel jest łakomczuchem i lubi jak mu coś w brzuszku zawsze zostanie.

Żetonami można tez bawić się tak, jak klasycznym memory.

Sowa Marcel - klasyczne mamory

Memory

Memo dotykowe Lilliputiens można jeszcze kupić w sklepie Bumik (i to w tańszej cenie!), z innych sklepów internetowych szybko gra się wyprzedała.

Alicja

 

Nie śpię

Posted by Alicja on
Nie śpię

Bezsenność

Nie śpię

Dochodzi 4:30, nie śpię od dobrych 2,5 godziny. Najpierw spokojnie wsłuchiwałam się w deszcz i senne oddechy członków rodziny. Potem wstałam, zrobiłam pobieżny przegląd okien sąsiadów. Może jeszcze ktoś nie śpi? Wygląda na to, że jestem osamotniona w tej materii.

Nie śpię

Bezsenność

Dziś niedziela, tramwaje zaczną jeździć później, jeszcze jakieś 40 minut i usłyszę te moje codzienne wybudzacze.

Jesień rozgościła się pełną gębą, taka nieprzyjemna, przenikliwym chłodem wiejąca. Moje myśli coraz częściej biegną w stronę Bożego Narodzenia. Konstruuję listę potencjalnych prezentów. Ze spisem artykułów dziecięcych dla synka jestem obrobiona. W sumie do kupienia mam same tekstylia. Buszowałyśmy w zeszły weekend z córkami w kartonach z ciuszkami noworodkowymi i tymi większymi. Musiałam przejrzeć, co się też po córkach dla synka nada. Z radością spakowałam 5 (!!!) kartonów z odzieżą, butami, zabawkami, które powędrowały do bardziej potrzebujących.

Na mojej stronie kulinarnej czas zacząć szykować wpisy świąteczne. Siedzę, wertuję książki i zaznaczam przepisy. Pewnie znów nie uda mi się wyrobić nawet 50% planu.

Mama była wczoraj w kinie na „Wołyniu”. Ja też się na ten film wybierałam. No i jestem w kropce, bo dostałam zakaz – od mamy i od męża. Bo końcówka ciąży, bo drastyczne sceny, po porodzie mam sobie obejrzeć. A ja po porodzie nie chcę, bo to jest film, który obejrzeć należy na dużym ekranie. Ja na małym w sumie niczego nie oglądam. Ja małego, poza ekranami komputerowymi uparcie nie posiadam, u mnie nawet potrzeby takiej brak.

O, Jaśminka przed chwilą popłakiwała przez sen – musia, muuusiaaa. Uspokoiła się jednak, zanim do niej przyszłam.

Kot leży zwinięty obok mnie i mruczy jak mały traktor. Dobrze mieć, kota, przynajmniej jeszcze ktoś z domowników nie śpi.

Śmiać mi się chciało wczoraj z Florki, która posmutniała na wiadomość, że nie ją usypiam, tylko Jaśminkę. Najpierw wygięła usta w podkówkę i przywarła do mnie, a potem orzekła dziarsko – to ja cię w nocy zawołam! Nie zawołała jednak, przespała całą noc po raz pierwszy od dobrego miesiąca. Na moje poranne pytanie o to niedociągnięcie stwierdziła – nie wołałam, bo mi się nie chciało 🙂

Melduję przejazd pierwszego niedzielnego tramwaju.

Alicja

Jesienne rozważania

Posted by Alicja on
Jesienne rozważania

Jesienne rozważania

Jesienne rozważania są następujące – wrócić tu, czy nie wrócić? Skasować, czy nie skasować? Trudniej się przemóc do powrotu i próby zamienienia myśli w słowa, niż kliknąć – usuń wszystko. Oczywiście Marcin mówi – nie pozwolę, nie usuniesz, tyle lat zapisanych. Potem ja sobie myślę – kobieto, przecież nie piszesz tego dla siebie, nie piszesz tego dla zabłąkanych tu wędrowców, teraz są to zapiski z życia dzieci, z życia rodziny.

Tak więc znów siebie zrugałam i po raz sto pięćdziesiąty ósmy tu wróciłam.

Dużo ważnych rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Benek zaliczył swój pierwszy spacer na wózku w parku, Benek zaczął stawiać swoje pierwsze kroki od czasu wypadku, Benek umarł. Od jego śmierci minął ponad miesiąc. Tak więc niedowierzanie mam już za sobą. Zdążyłam się przestawić na stary-nowy tryb życia, przyzwyczaić się do innego rytmu dnia mojej mamy. Z Florką temat też wydaje się przegadany. Pozostało jedynie uczucie pustki. Nie jakiejś obezwładniającej, ale takiej jak ćmiący ząb – zdajesz sobie wciąż sprawę z jej obecności. Dopadają nas nagle różnego rodzaju – „już nigdy” i to zwykle przy najbardziej banalnych czynnościach.

Trudno jest zrobić jakieś zgrabne przejście pomiędzy tym smutnym tematem i innymi wydarzeniami. Zgrabnych przejść nie będzie, bo i w życiu ich zwykle nie ma.

Szczęśliwie dobiegam do końca siódmego miesiąca ciąży. Z synkiem i ze mną wszystko w porządku, najmniejszych komplikacji nie ma. Dziwię się czasem, że przy tym wiecznym niedospaniu, stresie, pośpiechu, ogarnianiu tylu spraw, otworów gębowych, wszystkich – schyl, podnieś, weź na ręce, ciąża tak ładnie przebiega.

Córki fantastyczne. Starsza zalewa mnie potokiem słów. Gada, gada, gada. I w dzień i w nocy. Czasem jestem na granicy obłędu. Ostatnio upodobała sobie przerwy w spaniu, na gadanie właśnie. Jest to zwykle pomiędzy 2 a 4 rano. Woła mnie do łóżka i niby mam przytulić żeby zasnęła, a zanim się obejrzę wałkujemy temat syren, ozdób do włosów, czarów, żółtych akcesoriów do jej pokoiku w nowym domu, kręcących się spódniczek, przyszłych prezentów, tortu urodzinowego, koleżanek z przedszkola i wielu, wielu innych.

img_6731

Młodsza córka powtarza wszystko, co usłyszy. Zaczyna klecić pierwsze zdania. A ja się rozpływam, gdy małe ciałko przytula mi się do uda, patrzy w górę i mówi – Musia, tocham cię.

img_6762

Jesienne rozważania – czytaj dalej

Pogadamy o tym rano…

Posted by Alicja on
Pogadamy o tym rano…

Pogadamy o tym rano…

Niebo zrobiło się grafitowe, zaraz zacznie padać. Z porannego niedzielnego spaceru nici, pozostało troszkę popisać na blogu.

Kot

Dwa ostatnie tygodnie spędziłam na krześle (no może z małymi przerwami). Pracy mamy po same pachy, ale patrząc na budowlane wyzwanie, to bardzo dobrze. Śmiałam się, że sukcesem w tym kołowrotku jest to, że dziewczyny dostają codziennie domowy obiad i że są wyprowadzane na spacery.

Jeszcze półtora tygodnia wakacji i Florka wraca do przedszkola. Troszkę się tym powrotem denerwuję, zastanawiam się czy będzie płacz, czy też przechodzi kolejny rok bez jednej łezki. W przyszłym roku powinno być łatwiej, bo obie panny ruszą w przedszkolne mury.

Dziewczyki

Jesień wisi w powietrzu. Liście szumią w charakterystyczny dla schyłku lata sposób. Nawet śnieg z deszczem miałam okazję podziwiać jakieś dwa tygodnie temu. Garderoba dziecięca doprasza się o uporządkowanie. Muszę dokupić kartony i posegregować odzież i obuwie – to do wyrzucenia, tamto do oddania, jeszcze co innego zostaje po Florce dla Jaśminki.

domek

kwiatki

Śmiać mi się chce, że gdy trzecia ciąża stała się faktem, byłam taka przekonana o zakończeniu okresu prokreacyjnego. Cieszyłam się na myśl o pozbyciu się lada chwila wszystkich niemowlęcych akcesoriów i ciuszków. Sądziłam, że gdy potwierdzi się płeć męska podczas kilku kolejnych usg trzeciego potomka, wywiozę kartony z ciuszkami po Jaśmince. A teraz siedzę sobie, patrzę na to i mam jakiś opór w sobie. Bo tak naprawdę nie jestem gotowa na stwierdzenie – to nasze ostatnie dziecko. Do czterdziestych, no powiedzmy czterdziestych drugich urodzin zostało mi jeszcze trochę czasu. Jak dokładnie ten czas rozliczyć, to jest go więcej niż potrzebowałam na trzy dotychczasowe ciąże. I co, mam być już teraz pewna, że to koniec tego magicznego okresu w moim życiu? Że to ostatnie osiemnaście tygodni, kiedy mam okazję czuć ruchy nienarodzonego dziecka? Nie jestem tego wszystkiego pewna i nie mam zamiaru składać żadnych ostatecznych deklaracji. Zobaczymy, co życie przyniesie. Tak więc ciuszki po Jaśmince zostają.

Pogadamy o tym rano – czytaj dalej