Dziecko w szpitalu

Posted by Alicja on
Dziecko w szpitalu

Oby innych karetek niż drewniane nie musieć nigdy z bliska oglądać

Po pierwsze do szpitala jechaliśmy z gotowym rozpoznaniem. Zapalenie płuc nie jest rzadką przypadłością, nie musieliśmy więc mierzyć się z żadną „chorobą tajemniczą”, ani długa diagnostyką. Po drugie, przez zawód mojego męża znam specyfikę pracy w szpitalu. Rozumiem pewne zachowania personelu, które dla innych mogą być oznaką lekceważenia. Po trzecie, mówimy tym samym językiem. 5 lat spędzonych na uczelni medycznej, a potem praca na niej pod kierownictwem pediatry też swoje zrobiła. Nie musiałam prosić nikogo o tłumaczenie postępowania. Znałam leki, które syn dostawał, parametry jakie powinien mieć. Byłam zdecydowanie spokojniejsza, bo sama potrafiłam ocenić jego stan. Po czwarte trafiliśmy na świetnego lekarza prowadzącego, z którym mieliśmy już kontakt w przeszłości. Bycie odbieranym przez personel jako „swoi” niesamowicie ułatwił ten nasz szpitalny czas.

Jeśli chodzi o warunki socjalne, to też nam się udało. Wylądowaliśmy w sali dla starszych dzieci, miałam więc dla siebie normalne łóżko szpitalne, a Brunon miał dostawione łóżeczko. Nie musiałam wegetować na żadnym rozkładanym fotelu, ani zwisać z krzesła. Pomimo początkowych sprzeciwów pielęgniarek, wszystkie noce synek spędził ze mną w łóżku, a dziecięce łóżeczko służyło tylko do tego, żeby go tam odłożyć podczas obchodu. A gdy nasze „współlokatorki” zostały wypisane do domu, nasz lekarz prowadzący zadbał, żeby dla bezpieczeństwa Brunona nikogo do sali nam nie dołożyli. Bardziej komfortowo ten czas nie mógł przebiegać.

Bałam się powrotu do domu, tego jak po 10 dniach rozłąki zareagują dziewczynki. Przyjęły nas normalnie, co ułatwiło powrót do normalnego domowego rytmu. A jaka ja byłam szczęśliwa, gdy zanurzyłam się w wannie i zmyłam z siebie cały ten szpital. Obyśmy nie musieli tego ponownie doświadczać.

Alicja

 

 

Pages: 1 2